Dzielni detektywi podejmą się tym razem sprawy związanej z innym ptakiem. Nie będzie to zwykłe dochodzenie, a zadania które staną przed gołębiem Gerwazym, sikorą Barbarą, kosem Kazimierzem i sową Heleną, z początku będą się wydawać całkowicie niewykonalne.

Książeczka dostępna jest w formie e-book na stronie empik.com

Jeśli jednak wierzy się w siebie i ma się dookoła przyjaciół, wszystko staje się możliwe. Poznajcie czwartą część przygód sympatycznej Ptasiej paczki.

Bażant o imieniu Błażej jest dobrym znajomym gołębia Gerwazego i ma wielkie marzenie, by dostać się na krakowski Rynek. To nie jest dla niego tylko zwykła zachcianka. Niestety mieszka daleko i na dodatek nie potrafi zbyt długo utrzymać się w powietrzu. Czy istnieje sposób, by przetransportować tak dużego ptaka na tak znaczną odległość?

Czy nasi detektywi poradzą sobie z tym zadaniem?


Oczywiście dowiecie się także dlaczego bażant Błażej tak bardzo chce się dostać do samego centrum Krakowa i czym jest „stado napędowe”. Miłego czytania.

Fragment książki:

„- Plan jest zupełnie prosty – odparł gołąb Gerwazy – lecicie za mną w miejsce, gdzie pośród zarośli leży latawiec. Na miejscu przyjrzymy się uważnie temu poplątaniu z pogmatwaniem i sprawdzimy, czy potrafimy się z nim uporać bez pomocy remiza Romualda. Jeśli poradzimy sobie sami będzie super, jeśli nie, trzeba będzie poszukać tego remiza.

– to jest całkiem dobry plan – kos Kazimierz błyskawicznie ocenił ich bieżącą sytuację – nikt nie wnosi poprawek, więc lećmy, bo szkoda czasu -. Nigdy jeszcze nie był tak podekscytowany. Dobrze, że nikt nie zapytał go o powody takiego stanu, bo wyszłoby na jaw, że nie do końca wie, czego mają szukać w tych zaroślach, a ściślej mówiąc, nigdy jeszcze nie widział tego, jak mu tam, latawca. Owszem, słyszał kiedyś o czymś takim i widział nawet na obrazku w jednej książce, ale tam pewien człowiek nazwiskiem Franklin robił z nim jakiś eksperyment w czasie burzy. Kos pamiętał, że było to bardzo niebezpieczne doświadczenie, bo do latawca przywiązany był jakiś klucz i biły pioruny, ale o co w tym wszystkim chodziło nie pamiętał. Chyba bardzo ważny był wtedy ten klucz, co go dziwiło, bo ten Franklin zamiast otworzyć tym kluczem drzwi i schować się przed deszczem, stał i mókł, aż przemókł do ostatniej, suchej nitki. Podobno coś tym chciał udowodnić i nawet mu się udało. Kos uważał, że najpewniej to, iż woda z deszczu jest tak samo mokra, jak ta w rzekach i jeziorach.”